menu

czwartek, 14 lipca 2011

Wakacyjne zmiany na blogu

Budynek redakcji el Periodico w Barcelonie.
Czas na wakacyjne (i nie tylko) zmiany na blogu. Po raz kolejny rozbudziłem w sobie mocne postanowienie, by częściej publikować tu notki. Na pierwszy ogień - fotorelacja z wakacji w Barcelonie, nad którą pracuję jeszcze. Na blipie dodałem już kilka zdjęć. A póki co, fajny patent na promocję gazety w budynku redakcji.

niedziela, 3 lipca 2011

Krótka historia o tym, jak polubiłem latanie

Szkoła latania - biernego... czyli krótka historia o tym, jak polubiłem latanie. Niedawno zaliczyłem pierwszy lot boeingiem 737-800. Nie byłem takim znowu nowicjuszem, bo parę lat temu miałem okazję lecieć śmigłowcem Sokół. Ale, jak zapewne wiecie, to zupełnie inny sposób latania. A zwłaszcza startu. Ale o tym za chwilę. Najpierw spacer po płycie lotniska (RZE) do właściwego samolotu.
Dla ułatwienia, na pasie czekały dwa boeingi 737 - tego samego przewoźnika... Ale udało się.
Wsiedliśmy do odpowiedniego samolotu i zajęliśmy miejsca. Ja przy oknie :) ze spokojem przyglądałem się ostatnim przygotowaniom do lotu.
Lot do Girony miał trwać ponad dwie godziny. Jeszcze tylko mały pokaz stewardess. Rzut oka na instrukcję umieszczoną na siedzeniu i ruszyliśmy. Zaczęło się kołowanie.
Kołowanie było fajne. W końcu ustawiliśmy się na pasie. I zaczęło się...
Prędkość wcisnęła mnie w fotel, a gdy zaczęliśmy się unosić, zbladłem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, zaczęło mi się kręcić w głowie i tak w stanie przedzawałowym przyszło mi lecieć jeszcze półtorej godziny. Mój błędnik szalał. Odczuwałem najmniejszą zmianę ciśnienia i każdy zwrot samolotu. Na domiar złego przed lotem zjadłem najokropniejszego w życiu hamburgera.. który coraz bardziej o sobie przypomniał.
Resztka dumy i odwagi pozwoliła mi zerknąć przez okno (przy którym siedziałem) by zobaczyć i uwiecznić taki widok.
Później, jeszcze kilka razy zerkałem przez okno. Co przyprawiało mnie o palpitacje serca. I w końcu, komunikat. Za 20 minut lądujemy. Proszę zapiąć pasy. Od tego momentu (wbrew logice) rozpoczęła się moja ulubiona faza lotu. Nic już mi nie przeszkadzało, praca serca się uspokoiła, nawet zwroty samolotu były przyjemne... a przez okno oglądałem rozświetlone (bo było ok godz. 23) miasta.
I w końcu wylądowaliśmy (GRO). Gładko, delikatnie.. i przylecieliśmy przed czasem. A określenie przed czasem w przypadku kilkudniowego urlopu jest naprawdę piękne.
Nie tylko w Jasionce, ale i w Gironie czekał nas spacer po płycie. Choć lotnisko jest znacznie większe od rzeszowskiego. Po chwili byłem gotów przyznać, że latanie jest całkiem przyjemne. Dlatego rakiem wycofałem się z deklaracji, że wracam na nogach...
Ten widok lotniska w Gironie przypominał mi mój zestaw "LEGO lotnisko", jakim bawiłem się w dzieciństwie (powinienem poscannować stare zdjęcia...). Z zestawu można było zbudować samolot pasażerski, śmigłowiec, terminal z wieżą kontrolną, długi pas startowy, wózki do wożenia bagażu (w sieci znalazłem zdjęcie). A jak się to połączyło z zestawem LEGO Cosmic - tworzyliśmy z tego Przylądek Canaveral, lub międzygalaktyczne stacje kosmiczne.
Wracając do latania: moje ledwo ugruntowane przemyślenia, że latanie może nawet i jest przyjemne - o dziwo potwierdziły się w stu procentach. Lot z Girony do Rzeszowa przeżyłem bez najmniejszych fizycznych niedogodności. Siedziałem przy wyjściu awaryjnym. I z dumą przytaknąłem na prośbę stewardessy, by jej pomagać podczas ewentualnej ewakuacji. Tym razem prawie non-stop wpatrywałem się w piękne widoki za oknem. Przyjemności lotu nie zmąciły nawet komunikaty z prośbą o zapięcie pasów i ostrzeżenia przed turbulencjami.
A to chmury nad Polską. Od tej strony są przepiękne - krajobraz niemal podbiegunowy :)
W Jasionce znów gładkie lądowanie. I znów 20 minut przed czasem... a tak chciałoby się te 20 minut spędzić w pięknej Hiszpanii.
... Tęsknotę za Barceloną spotęgowała wybitnie nie-południowa pogoda. Deszczowy, chłodny tydzień - z każdą kroplą zmywał ciepło śródziemnomorskiego słońca. Nie zmył jednak wspomnień. Niebawem wpis z Barcelony :)

środa, 29 czerwca 2011

Mój Rzeszów

Kiedy w kwietniu dodawałem wpis o Wrocławiu, zakończyłem go zdjęciem pomnika "Przejście". Już wtedy wiedziałem, jak zacznie się dzisiejszy post.... bo w Rzeszowie, też mamy "Przejście" - Józefa Szajny. Na Placu Cichociemnych.
A tuż obok Pl. Cichociemnych znajduje się ul. Bożnicza... i kilka reliktów kultury niemal już nieobecnej w Rzeszowie.
Rzeszów, przed II wojną światową był nazywany (z mniej lub bardziej złośliwym podtekstem) Mojrzeszów. A to dlatego, że większość mieszkańców miasta stanowili Żydzi.A tam w oddali Zamek Lubomirskich. To jeden z częściej przeze mnie mijanych budynków. Obecnie siedziba sądu. Wcześniej było tam m.in więzienie. Kiedyś jadąc autobusem przysłuchiwałem się dwóm byłym skazańcom, którzy na widok zamku z rozrzewnieniem zaczęli wspominać stare dzieje... ha - nawet śpiewali więzienne piosenki... Takie rzeczy...
Są plany, żeby sąd przenieść do nowego budynku - co stanie się z Zamkiem? Jeszcze do końca nie wiadomo, choć jest kilka ciekawych pomysłów ( i nie mam tu na myśli konceptu pewnych niedoszłych radnych, by w fosie powstał parking samochodowy - niezłe, co?)
Wszystkie te zdjęcia zrobiłem telefonem komórkowym "o the spot"...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Szukaj na tym blogu

Najczęściej czytane w tym tygodniu