Dziś kolejny wpis o wakacyjnych podróżach. Tym razem wątek komunikacyjny. Były samoloty, statki, autobusy, pociągi, tramwaje, metro, marszrutki i taksówki. Czyli pełen zestaw.
Charakterystyczne - żółte
marszrutki we Lwowie. Przejazd kosztuje dwie hrywny. Siedzeń jest kilkanaście. Ze zdumieniem obserwowaliśmy, że w środku potrafi podróżować kilkadziesiąt osób. A ta łódeczka znajduje się tuż przy budynku Opery (której groziło utonięcie).
O wiele bardziej nad wodą panują
mieszkańcy Pragi, którzy ujarzmili ją ponad 15 mostami. Rejs łódką odkrywa nieznane sieci kanałów, które przypominają "
małą Wenecję". Można je przeoczyć chodząc jedynie po suchym lądzie.
Tam, gdzie nie da się łódką, są (również żółte) taksówki. Ponieważ
w centrum Pragi jest duży problem z miejscami parkingowymi, przerzuciliśmy się całkowicie na transport publiczny.
A w Pradze poruszaliśmy się przede wszystkim po szynach. Tramwajami i czymś, co w Polsce przez dziesięciolecia było mrzonką...
..Metrem. Z trzema liniami, nowoczesnymi kolejkami i zadbanymi stacjami. Skoro szyny...
Tu stacja Rzeszów. Zanim wsiedliśmy do pociągu *byle jakiego - udając się do Lwowa.
We Lwowie też jeździliśmy pociągiem. No, ciuchcią bardziej, a dokładniej mówiąc cudobusem :). Ogromnie trzęsło. Ale polecamy. A propos trzęsienia... tfu turbulencji.
.. a raczej głosu kapitana, który kilkakrotnie podczas rejsu kazał zapiąć pasy i ostrzegał przed turbulencjami. Tak wyglądał nasz powrót z Girony do Rzeszowa. Na szczęście turbulencji nie było. Lot był spokojny, a lądowanie gładkie.
Skoro znów kołami trzymamy się ziemi. Tak umaszczone są barcelońskie taksówki. Nawet w salonach samochodowych można kupić auto w wersji taxi.
W
Barcelonie mieszkaliśmy w takim miejscu, z którego wszędzie było blisko - dlatego spacerowaliśmy. Zarówno taksówki, metro jak i autobusy oglądaliśmy z zewnątrz.