Zdjęcie parę tygodni temu zawisło na ścianie w naszym salonie. Rysunek, od roku ma swoje stałe miejsce w kuchni. W galerii Picasso kupiliśmy magnes na lodówkę. Myśli o błędnym rycerzu powróciły po obejrzeniu pierwszego odcinka serialu Newsroom.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 22 lipca 2012
Don Kichot i Sancho Pansa
Oto jedno z moich ulubionych zdjęć zrobionych w Barcelonie (w Parku Güell). Zestawione z rysunkiem mistrza Picasso: Don Kichot i Sancho Pansa.
wtorek, 25 października 2011
Summer in da mix [vol.3]
Są takie rzeczy, których nie przywiozłem z wakacji...
Nie przywiozłem barcelońskiej tancerki pasodoble.
Nie przywiozłem uśmiechniętego Krecika.
Ani drewnianej matrioszki..
Nie przywiozłem barcelońskiej tancerki pasodoble.
Ani drewnianej matrioszki..
wtorek, 27 września 2011
Summer in da mix [vol.2]
Dziś kolejny wpis o wakacyjnych podróżach. Tym razem wątek komunikacyjny. Były samoloty, statki, autobusy, pociągi, tramwaje, metro, marszrutki i taksówki. Czyli pełen zestaw.
Charakterystyczne - żółte marszrutki we Lwowie. Przejazd kosztuje dwie hrywny. Siedzeń jest kilkanaście. Ze zdumieniem obserwowaliśmy, że w środku potrafi podróżować kilkadziesiąt osób. A ta łódeczka znajduje się tuż przy budynku Opery (której groziło utonięcie).
O wiele bardziej nad wodą panują mieszkańcy Pragi, którzy ujarzmili ją ponad 15 mostami. Rejs łódką odkrywa nieznane sieci kanałów, które przypominają "małą Wenecję". Można je przeoczyć chodząc jedynie po suchym lądzie.
Tam, gdzie nie da się łódką, są (również żółte) taksówki. Ponieważ w centrum Pragi jest duży problem z miejscami parkingowymi, przerzuciliśmy się całkowicie na transport publiczny.
A w Pradze poruszaliśmy się przede wszystkim po szynach. Tramwajami i czymś, co w Polsce przez dziesięciolecia było mrzonką...
..Metrem. Z trzema liniami, nowoczesnymi kolejkami i zadbanymi stacjami. Skoro szyny...
Tu stacja Rzeszów. Zanim wsiedliśmy do pociągu *byle jakiego - udając się do Lwowa.
We Lwowie też jeździliśmy pociągiem. No, ciuchcią bardziej, a dokładniej mówiąc cudobusem :). Ogromnie trzęsło. Ale polecamy. A propos trzęsienia... tfu turbulencji.
.. a raczej głosu kapitana, który kilkakrotnie podczas rejsu kazał zapiąć pasy i ostrzegał przed turbulencjami. Tak wyglądał nasz powrót z Girony do Rzeszowa. Na szczęście turbulencji nie było. Lot był spokojny, a lądowanie gładkie.
Skoro znów kołami trzymamy się ziemi. Tak umaszczone są barcelońskie taksówki. Nawet w salonach samochodowych można kupić auto w wersji taxi.
W Barcelonie mieszkaliśmy w takim miejscu, z którego wszędzie było blisko - dlatego spacerowaliśmy. Zarówno taksówki, metro jak i autobusy oglądaliśmy z zewnątrz.
Charakterystyczne - żółte marszrutki we Lwowie. Przejazd kosztuje dwie hrywny. Siedzeń jest kilkanaście. Ze zdumieniem obserwowaliśmy, że w środku potrafi podróżować kilkadziesiąt osób. A ta łódeczka znajduje się tuż przy budynku Opery (której groziło utonięcie).
O wiele bardziej nad wodą panują mieszkańcy Pragi, którzy ujarzmili ją ponad 15 mostami. Rejs łódką odkrywa nieznane sieci kanałów, które przypominają "małą Wenecję". Można je przeoczyć chodząc jedynie po suchym lądzie.
Tam, gdzie nie da się łódką, są (również żółte) taksówki. Ponieważ w centrum Pragi jest duży problem z miejscami parkingowymi, przerzuciliśmy się całkowicie na transport publiczny.
A w Pradze poruszaliśmy się przede wszystkim po szynach. Tramwajami i czymś, co w Polsce przez dziesięciolecia było mrzonką...
..Metrem. Z trzema liniami, nowoczesnymi kolejkami i zadbanymi stacjami. Skoro szyny...
Tu stacja Rzeszów. Zanim wsiedliśmy do pociągu *byle jakiego - udając się do Lwowa.
We Lwowie też jeździliśmy pociągiem. No, ciuchcią bardziej, a dokładniej mówiąc cudobusem :). Ogromnie trzęsło. Ale polecamy. A propos trzęsienia... tfu turbulencji.
.. a raczej głosu kapitana, który kilkakrotnie podczas rejsu kazał zapiąć pasy i ostrzegał przed turbulencjami. Tak wyglądał nasz powrót z Girony do Rzeszowa. Na szczęście turbulencji nie było. Lot był spokojny, a lądowanie gładkie.
Skoro znów kołami trzymamy się ziemi. Tak umaszczone są barcelońskie taksówki. Nawet w salonach samochodowych można kupić auto w wersji taxi.
W Barcelonie mieszkaliśmy w takim miejscu, z którego wszędzie było blisko - dlatego spacerowaliśmy. Zarówno taksówki, metro jak i autobusy oglądaliśmy z zewnątrz.
poniedziałek, 19 września 2011
Summer in da mix [vol.1]
piątek, 12 sierpnia 2011
Sagrada Familia - ogólny widok szczegółów
Długo kazałem czekać na II część posta o Sagrada Familia.. Miałem duży kłopot z wyborem zdjęć do tego wpisu, ale w końcu udało się. Zgodnie z obietnicą - czas na detale.
Wejście do Sagrada Familia. Kubistyczne, ostre, kanciaste bryły i figury, a wśród nich perełki - spójrzcie na całun.
Alfa i Omega ponad bramą z wersetami z Biblii.. I tłum ludzi oczekujących, by wejść do środka.
My spędziliśmy w kolejce prawie godzinę. Powoli, blokując pół chodnika przesuwaliśmy się w grupie setek innych chcących wejść do kościoła. Nie był to czas stracony, bo było co oglądać... i nawet teraz przeglądając zdjęcia na nowo odkrywałem, kolejne szczegóły. Co warto podkreślić, cały czas trwają prace nad ukończeniem budowli. Widać i słychać pracę.
Gaudi chciał, aby marynarze wpływający do portu widzieli kosze pełne owoców.
Długo rozmawialiśmy z N. o Sagrada Familia i jeszcze długo będziemy wymieniać się spostrzeżeniami... (W sam raz na długie, deszczowe wieczory). Mikroblogi (blip) są o tyle inspirujące, że wymuszają wyrażanie skondensowanych myśli. I taką oto sentencję, udało mi się sformułować parę dni temu:
Po wejściu do bazyliki człowiek znów staje się mały. Ogromna przestrzeń, jaką udało się zamknąć w ścianach, wydaje się nie mieć końca..
W witrażach nie ma klasycznych postaci ani scen... kolorowe szkiełka ułożone w sposób "domyślny" ;)
Oto ołtarz główny. A niżej, sufit. Bardzo skojarzył mi się z wycinanką kurpiowską..
Sagrada Familia ma zostać ukończona w 2026 roku. Już nie mogę doczekać się, by ją wtedy zobaczyć...
Wejście do Sagrada Familia. Kubistyczne, ostre, kanciaste bryły i figury, a wśród nich perełki - spójrzcie na całun.
Alfa i Omega ponad bramą z wersetami z Biblii.. I tłum ludzi oczekujących, by wejść do środka.
My spędziliśmy w kolejce prawie godzinę. Powoli, blokując pół chodnika przesuwaliśmy się w grupie setek innych chcących wejść do kościoła. Nie był to czas stracony, bo było co oglądać... i nawet teraz przeglądając zdjęcia na nowo odkrywałem, kolejne szczegóły. Co warto podkreślić, cały czas trwają prace nad ukończeniem budowli. Widać i słychać pracę.
Gaudi chciał, aby marynarze wpływający do portu widzieli kosze pełne owoców.
Długo rozmawialiśmy z N. o Sagrada Familia i jeszcze długo będziemy wymieniać się spostrzeżeniami... (W sam raz na długie, deszczowe wieczory). Mikroblogi (blip) są o tyle inspirujące, że wymuszają wyrażanie skondensowanych myśli. I taką oto sentencję, udało mi się sformułować parę dni temu:
"Sagrada Familia. Najpierw sądziłem, że bardziej niż Boga chwali Architekta. Zwiedzając zrozumiałem, że to Bóg jest Architektem..."
Cały czas jestem pod wielkim wrażeniem Architekta. Sagrada Familia, zgodnie z założeniem Gaudiego miała być jak wielki organizm. Pełno w nim geometrii, symetrii, symboliki, stylów... a przede wszystkim odniesień do natury. 
Bogactwo ornamentów... i bogactwo rzeźb. Można dostać oczopląsu (boskiego). Tyle tam arcydzieł. Tyle detali, które odkrywa się z każdym, najmniejszym nawet ruchem źrenic.
Po wejściu do bazyliki człowiek znów staje się mały. Ogromna przestrzeń, jaką udało się zamknąć w ścianach, wydaje się nie mieć końca..
W witrażach nie ma klasycznych postaci ani scen... kolorowe szkiełka ułożone w sposób "domyślny" ;)
Oto ołtarz główny. A niżej, sufit. Bardzo skojarzył mi się z wycinanką kurpiowską..
Sagrada Familia ma zostać ukończona w 2026 roku. Już nie mogę doczekać się, by ją wtedy zobaczyć...
czwartek, 28 lipca 2011
Sagrada Familia - szczególny widok ogólny
Sagrada Familia stała się leitmotivem naszego pobytu w Barcelonie. Wszystko dlatego, że nasz hotel, znajdował się dokładnie dwie przecznice od niej. Z tarasu widzieliśmy fragmenty wież i żurawie, cały czas pracujące nad ukończeniem świątyni. Powyżej, widok z Parku Güell (również zaprojektowanego przez Gaudiego).
Sagrada Familia w otoczeniu roślin, które stały się inspiracją dla tego Dzieła.
Budowę SF rozpoczęto w 1882 roku, a planowany termin zakończenia prac to rok 2026. I wtedy też na pewno odwiedzimy Barcelonę. Z resztą, pewnie będziemy wracać tam częściej, bo zakochaliśmy się w tym mieście..
Niebawem ogólny widok szczegółów ;) i inne zdjęcia z Barcelony.
Sagrada Familia w otoczeniu roślin, które stały się inspiracją dla tego Dzieła.
Budowę SF rozpoczęto w 1882 roku, a planowany termin zakończenia prac to rok 2026. I wtedy też na pewno odwiedzimy Barcelonę. Z resztą, pewnie będziemy wracać tam częściej, bo zakochaliśmy się w tym mieście..
Niebawem ogólny widok szczegółów ;) i inne zdjęcia z Barcelony.
czwartek, 14 lipca 2011
Wakacyjne zmiany na blogu
![]() |
| Budynek redakcji el Periodico w Barcelonie. |
niedziela, 3 lipca 2011
Krótka historia o tym, jak polubiłem latanie
Szkoła latania - biernego... czyli krótka historia o tym, jak polubiłem latanie. Niedawno zaliczyłem pierwszy lot boeingiem 737-800. Nie byłem takim znowu nowicjuszem, bo parę lat temu miałem okazję lecieć śmigłowcem Sokół. Ale, jak zapewne wiecie, to zupełnie inny sposób latania. A zwłaszcza startu. Ale o tym za chwilę. Najpierw spacer po płycie lotniska (RZE) do właściwego samolotu.
Dla ułatwienia, na pasie czekały dwa boeingi 737 - tego samego przewoźnika... Ale udało się.
Wsiedliśmy do odpowiedniego samolotu i zajęliśmy miejsca. Ja przy oknie :) ze spokojem przyglądałem się ostatnim przygotowaniom do lotu.
Lot do Girony miał trwać ponad dwie godziny. Jeszcze tylko mały pokaz stewardess. Rzut oka na instrukcję umieszczoną na siedzeniu i ruszyliśmy. Zaczęło się kołowanie.
Kołowanie było fajne. W końcu ustawiliśmy się na pasie. I zaczęło się...
Prędkość wcisnęła mnie w fotel, a gdy zaczęliśmy się unosić, zbladłem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, zaczęło mi się kręcić w głowie i tak w stanie przedzawałowym przyszło mi lecieć jeszcze półtorej godziny. Mój błędnik szalał. Odczuwałem najmniejszą zmianę ciśnienia i każdy zwrot samolotu. Na domiar złego przed lotem zjadłem najokropniejszego w życiu hamburgera.. który coraz bardziej o sobie przypomniał.
Resztka dumy i odwagi pozwoliła mi zerknąć przez okno (przy którym siedziałem) by zobaczyć i uwiecznić taki widok.
Później, jeszcze kilka razy zerkałem przez okno. Co przyprawiało mnie o palpitacje serca. I w końcu, komunikat. Za 20 minut lądujemy. Proszę zapiąć pasy. Od tego momentu (wbrew logice) rozpoczęła się moja ulubiona faza lotu. Nic już mi nie przeszkadzało, praca serca się uspokoiła, nawet zwroty samolotu były przyjemne... a przez okno oglądałem rozświetlone (bo było ok godz. 23) miasta.
I w końcu wylądowaliśmy (GRO). Gładko, delikatnie.. i przylecieliśmy przed czasem. A określenie przed czasem w przypadku kilkudniowego urlopu jest naprawdę piękne.
Nie tylko w Jasionce, ale i w Gironie czekał nas spacer po płycie. Choć lotnisko jest znacznie większe od rzeszowskiego. Po chwili byłem gotów przyznać, że latanie jest całkiem przyjemne. Dlatego rakiem wycofałem się z deklaracji, że wracam na nogach...
Ten widok lotniska w Gironie przypominał mi mój zestaw "LEGO lotnisko", jakim bawiłem się w dzieciństwie (powinienem poscannować stare zdjęcia...). Z zestawu można było zbudować samolot pasażerski, śmigłowiec, terminal z wieżą kontrolną, długi pas startowy, wózki do wożenia bagażu (w sieci znalazłem zdjęcie). A jak się to połączyło z zestawem LEGO Cosmic - tworzyliśmy z tego Przylądek Canaveral, lub międzygalaktyczne stacje kosmiczne.
Wracając do latania: moje ledwo ugruntowane przemyślenia, że latanie może nawet i jest przyjemne - o dziwo potwierdziły się w stu procentach. Lot z Girony do Rzeszowa przeżyłem bez najmniejszych fizycznych niedogodności. Siedziałem przy wyjściu awaryjnym. I z dumą przytaknąłem na prośbę stewardessy, by jej pomagać podczas ewentualnej ewakuacji. Tym razem prawie non-stop wpatrywałem się w piękne widoki za oknem. Przyjemności lotu nie zmąciły nawet komunikaty z prośbą o zapięcie pasów i ostrzeżenia przed turbulencjami.
A to chmury nad Polską. Od tej strony są przepiękne - krajobraz niemal podbiegunowy :)
W Jasionce znów gładkie lądowanie. I znów 20 minut przed czasem... a tak chciałoby się te 20 minut spędzić w pięknej Hiszpanii.
... Tęsknotę za Barceloną spotęgowała wybitnie nie-południowa pogoda. Deszczowy, chłodny tydzień - z każdą kroplą zmywał ciepło śródziemnomorskiego słońca. Nie zmył jednak wspomnień. Niebawem wpis z Barcelony :)
Dla ułatwienia, na pasie czekały dwa boeingi 737 - tego samego przewoźnika... Ale udało się.
Wsiedliśmy do odpowiedniego samolotu i zajęliśmy miejsca. Ja przy oknie :) ze spokojem przyglądałem się ostatnim przygotowaniom do lotu.
Lot do Girony miał trwać ponad dwie godziny. Jeszcze tylko mały pokaz stewardess. Rzut oka na instrukcję umieszczoną na siedzeniu i ruszyliśmy. Zaczęło się kołowanie.
Kołowanie było fajne. W końcu ustawiliśmy się na pasie. I zaczęło się...
Prędkość wcisnęła mnie w fotel, a gdy zaczęliśmy się unosić, zbladłem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, zaczęło mi się kręcić w głowie i tak w stanie przedzawałowym przyszło mi lecieć jeszcze półtorej godziny. Mój błędnik szalał. Odczuwałem najmniejszą zmianę ciśnienia i każdy zwrot samolotu. Na domiar złego przed lotem zjadłem najokropniejszego w życiu hamburgera.. który coraz bardziej o sobie przypomniał.
Resztka dumy i odwagi pozwoliła mi zerknąć przez okno (przy którym siedziałem) by zobaczyć i uwiecznić taki widok.
Później, jeszcze kilka razy zerkałem przez okno. Co przyprawiało mnie o palpitacje serca. I w końcu, komunikat. Za 20 minut lądujemy. Proszę zapiąć pasy. Od tego momentu (wbrew logice) rozpoczęła się moja ulubiona faza lotu. Nic już mi nie przeszkadzało, praca serca się uspokoiła, nawet zwroty samolotu były przyjemne... a przez okno oglądałem rozświetlone (bo było ok godz. 23) miasta.
I w końcu wylądowaliśmy (GRO). Gładko, delikatnie.. i przylecieliśmy przed czasem. A określenie przed czasem w przypadku kilkudniowego urlopu jest naprawdę piękne.
Nie tylko w Jasionce, ale i w Gironie czekał nas spacer po płycie. Choć lotnisko jest znacznie większe od rzeszowskiego. Po chwili byłem gotów przyznać, że latanie jest całkiem przyjemne. Dlatego rakiem wycofałem się z deklaracji, że wracam na nogach...
Ten widok lotniska w Gironie przypominał mi mój zestaw "LEGO lotnisko", jakim bawiłem się w dzieciństwie (powinienem poscannować stare zdjęcia...). Z zestawu można było zbudować samolot pasażerski, śmigłowiec, terminal z wieżą kontrolną, długi pas startowy, wózki do wożenia bagażu (w sieci znalazłem zdjęcie). A jak się to połączyło z zestawem LEGO Cosmic - tworzyliśmy z tego Przylądek Canaveral, lub międzygalaktyczne stacje kosmiczne.
Wracając do latania: moje ledwo ugruntowane przemyślenia, że latanie może nawet i jest przyjemne - o dziwo potwierdziły się w stu procentach. Lot z Girony do Rzeszowa przeżyłem bez najmniejszych fizycznych niedogodności. Siedziałem przy wyjściu awaryjnym. I z dumą przytaknąłem na prośbę stewardessy, by jej pomagać podczas ewentualnej ewakuacji. Tym razem prawie non-stop wpatrywałem się w piękne widoki za oknem. Przyjemności lotu nie zmąciły nawet komunikaty z prośbą o zapięcie pasów i ostrzeżenia przed turbulencjami.
A to chmury nad Polską. Od tej strony są przepiękne - krajobraz niemal podbiegunowy :)
W Jasionce znów gładkie lądowanie. I znów 20 minut przed czasem... a tak chciałoby się te 20 minut spędzić w pięknej Hiszpanii.
... Tęsknotę za Barceloną spotęgowała wybitnie nie-południowa pogoda. Deszczowy, chłodny tydzień - z każdą kroplą zmywał ciepło śródziemnomorskiego słońca. Nie zmył jednak wspomnień. Niebawem wpis z Barcelony :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Szukaj na tym blogu
Najczęściej czytane w tym tygodniu
-
Witam, w Nowym Roku. Ha, zaskoczeni? Zdjęcie powyżej nie do końca jest ostre, ale za to zrobione Iphone'm ;) A na zdjęciu Rynek w ...
-
Wielu z Was już pewnie nie mogło się doczekać kolejnej edycji najbrutalniejszego rankingu przyjaciół . W największym uproszczeniu o miejscu...
-
8.04.2014r . na świat przyszła Helena Maria Bartoszewicz . To w Jej niebieskich oczach po raz pierwszy zobaczyłem "Tatę".
-
Rzeszowska zima fala - to fenomen, jaki miał miejsce w latach 80-tych. W Rzeszowie narodziło się specyficzne brzmienie. Powstało wiele kulto...
1984
AKCJA
Aleksander Hall
Aleksandra Kurzak
Alina Orlova
architektura
Aurora
Barcelona
Bieszczady
bursztyn
charytatywnie
Dean Brown
Euro 2012
filharmonia
FOTOKOMENTARZ
Gdańsk
Gordon Haskell
Guano Apes
HEY
jazz
Jimi Tenor
Julia Marcell
koncert
Koszyce Wielkie
kościół
KRAJOBRAZ
Kroke
ks. Adam Boniecki
księgarnia
Księżyc
KSU
kultura
lotnisko
Lubań
LUDZIE
Lwów
Łańcut
Maciej Maleńczuk
malarstwo
media
metro
MIASTO
morze
MUZYKA
Natalia Przybysz
OFFTOPIC
Paulina Przybysz
piłka nożna
PODRÓŻE
polityka
pomoc
Praga
Przemyśl
PRZYRODA
RADIO
RECENZJE
religia
RSC
Rycarda Parasol
RZESZÓW
sacrum
samolot
Sistars
SPORT
statek
sztuka
taxi
TEKSTY
telewizja
Trójmiasto
VIDEO
Voo Voo
wakacje
Wańka Wstańka
Warszawa
Węgorzewo
Wrocław
Wschód Kultury
wystawa
Zakopower
zima
ZWIERZĘTA









































