Sagrada Familia stała się leitmotivem naszego pobytu w Barcelonie. Wszystko dlatego, że nasz hotel, znajdował się dokładnie dwie przecznice od niej. Z tarasu widzieliśmy fragmenty wież i żurawie, cały czas pracujące nad ukończeniem świątyni. Powyżej, widok z Parku Güell (również zaprojektowanego przez Gaudiego).
Sagrada Familia w otoczeniu roślin, które stały się inspiracją dla tego Dzieła.
Budowę SF rozpoczęto w 1882 roku, a planowany termin zakończenia prac to rok 2026. I wtedy też na pewno odwiedzimy Barcelonę. Z resztą, pewnie będziemy wracać tam częściej, bo zakochaliśmy się w tym mieście..
Niebawem ogólny widok szczegółów ;) i inne zdjęcia z Barcelony.
czwartek, 28 lipca 2011
czwartek, 14 lipca 2011
Wakacyjne zmiany na blogu
![]() |
Budynek redakcji el Periodico w Barcelonie. |
niedziela, 3 lipca 2011
Krótka historia o tym, jak polubiłem latanie
Szkoła latania - biernego... czyli krótka historia o tym, jak polubiłem latanie. Niedawno zaliczyłem pierwszy lot boeingiem 737-800. Nie byłem takim znowu nowicjuszem, bo parę lat temu miałem okazję lecieć śmigłowcem Sokół. Ale, jak zapewne wiecie, to zupełnie inny sposób latania. A zwłaszcza startu. Ale o tym za chwilę. Najpierw spacer po płycie lotniska (RZE) do właściwego samolotu.
Dla ułatwienia, na pasie czekały dwa boeingi 737 - tego samego przewoźnika... Ale udało się.
Wsiedliśmy do odpowiedniego samolotu i zajęliśmy miejsca. Ja przy oknie :) ze spokojem przyglądałem się ostatnim przygotowaniom do lotu.
Lot do Girony miał trwać ponad dwie godziny. Jeszcze tylko mały pokaz stewardess. Rzut oka na instrukcję umieszczoną na siedzeniu i ruszyliśmy. Zaczęło się kołowanie.
Kołowanie było fajne. W końcu ustawiliśmy się na pasie. I zaczęło się...
Prędkość wcisnęła mnie w fotel, a gdy zaczęliśmy się unosić, zbladłem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, zaczęło mi się kręcić w głowie i tak w stanie przedzawałowym przyszło mi lecieć jeszcze półtorej godziny. Mój błędnik szalał. Odczuwałem najmniejszą zmianę ciśnienia i każdy zwrot samolotu. Na domiar złego przed lotem zjadłem najokropniejszego w życiu hamburgera.. który coraz bardziej o sobie przypomniał.
Resztka dumy i odwagi pozwoliła mi zerknąć przez okno (przy którym siedziałem) by zobaczyć i uwiecznić taki widok.
Później, jeszcze kilka razy zerkałem przez okno. Co przyprawiało mnie o palpitacje serca. I w końcu, komunikat. Za 20 minut lądujemy. Proszę zapiąć pasy. Od tego momentu (wbrew logice) rozpoczęła się moja ulubiona faza lotu. Nic już mi nie przeszkadzało, praca serca się uspokoiła, nawet zwroty samolotu były przyjemne... a przez okno oglądałem rozświetlone (bo było ok godz. 23) miasta.
I w końcu wylądowaliśmy (GRO). Gładko, delikatnie.. i przylecieliśmy przed czasem. A określenie przed czasem w przypadku kilkudniowego urlopu jest naprawdę piękne.
Nie tylko w Jasionce, ale i w Gironie czekał nas spacer po płycie. Choć lotnisko jest znacznie większe od rzeszowskiego. Po chwili byłem gotów przyznać, że latanie jest całkiem przyjemne. Dlatego rakiem wycofałem się z deklaracji, że wracam na nogach...
Ten widok lotniska w Gironie przypominał mi mój zestaw "LEGO lotnisko", jakim bawiłem się w dzieciństwie (powinienem poscannować stare zdjęcia...). Z zestawu można było zbudować samolot pasażerski, śmigłowiec, terminal z wieżą kontrolną, długi pas startowy, wózki do wożenia bagażu (w sieci znalazłem zdjęcie). A jak się to połączyło z zestawem LEGO Cosmic - tworzyliśmy z tego Przylądek Canaveral, lub międzygalaktyczne stacje kosmiczne.
Wracając do latania: moje ledwo ugruntowane przemyślenia, że latanie może nawet i jest przyjemne - o dziwo potwierdziły się w stu procentach. Lot z Girony do Rzeszowa przeżyłem bez najmniejszych fizycznych niedogodności. Siedziałem przy wyjściu awaryjnym. I z dumą przytaknąłem na prośbę stewardessy, by jej pomagać podczas ewentualnej ewakuacji. Tym razem prawie non-stop wpatrywałem się w piękne widoki za oknem. Przyjemności lotu nie zmąciły nawet komunikaty z prośbą o zapięcie pasów i ostrzeżenia przed turbulencjami.
A to chmury nad Polską. Od tej strony są przepiękne - krajobraz niemal podbiegunowy :)
W Jasionce znów gładkie lądowanie. I znów 20 minut przed czasem... a tak chciałoby się te 20 minut spędzić w pięknej Hiszpanii.
... Tęsknotę za Barceloną spotęgowała wybitnie nie-południowa pogoda. Deszczowy, chłodny tydzień - z każdą kroplą zmywał ciepło śródziemnomorskiego słońca. Nie zmył jednak wspomnień. Niebawem wpis z Barcelony :)
Dla ułatwienia, na pasie czekały dwa boeingi 737 - tego samego przewoźnika... Ale udało się.
Wsiedliśmy do odpowiedniego samolotu i zajęliśmy miejsca. Ja przy oknie :) ze spokojem przyglądałem się ostatnim przygotowaniom do lotu.
Lot do Girony miał trwać ponad dwie godziny. Jeszcze tylko mały pokaz stewardess. Rzut oka na instrukcję umieszczoną na siedzeniu i ruszyliśmy. Zaczęło się kołowanie.
Kołowanie było fajne. W końcu ustawiliśmy się na pasie. I zaczęło się...
Prędkość wcisnęła mnie w fotel, a gdy zaczęliśmy się unosić, zbladłem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, zaczęło mi się kręcić w głowie i tak w stanie przedzawałowym przyszło mi lecieć jeszcze półtorej godziny. Mój błędnik szalał. Odczuwałem najmniejszą zmianę ciśnienia i każdy zwrot samolotu. Na domiar złego przed lotem zjadłem najokropniejszego w życiu hamburgera.. który coraz bardziej o sobie przypomniał.
Resztka dumy i odwagi pozwoliła mi zerknąć przez okno (przy którym siedziałem) by zobaczyć i uwiecznić taki widok.
Później, jeszcze kilka razy zerkałem przez okno. Co przyprawiało mnie o palpitacje serca. I w końcu, komunikat. Za 20 minut lądujemy. Proszę zapiąć pasy. Od tego momentu (wbrew logice) rozpoczęła się moja ulubiona faza lotu. Nic już mi nie przeszkadzało, praca serca się uspokoiła, nawet zwroty samolotu były przyjemne... a przez okno oglądałem rozświetlone (bo było ok godz. 23) miasta.
I w końcu wylądowaliśmy (GRO). Gładko, delikatnie.. i przylecieliśmy przed czasem. A określenie przed czasem w przypadku kilkudniowego urlopu jest naprawdę piękne.
Nie tylko w Jasionce, ale i w Gironie czekał nas spacer po płycie. Choć lotnisko jest znacznie większe od rzeszowskiego. Po chwili byłem gotów przyznać, że latanie jest całkiem przyjemne. Dlatego rakiem wycofałem się z deklaracji, że wracam na nogach...
Ten widok lotniska w Gironie przypominał mi mój zestaw "LEGO lotnisko", jakim bawiłem się w dzieciństwie (powinienem poscannować stare zdjęcia...). Z zestawu można było zbudować samolot pasażerski, śmigłowiec, terminal z wieżą kontrolną, długi pas startowy, wózki do wożenia bagażu (w sieci znalazłem zdjęcie). A jak się to połączyło z zestawem LEGO Cosmic - tworzyliśmy z tego Przylądek Canaveral, lub międzygalaktyczne stacje kosmiczne.
Wracając do latania: moje ledwo ugruntowane przemyślenia, że latanie może nawet i jest przyjemne - o dziwo potwierdziły się w stu procentach. Lot z Girony do Rzeszowa przeżyłem bez najmniejszych fizycznych niedogodności. Siedziałem przy wyjściu awaryjnym. I z dumą przytaknąłem na prośbę stewardessy, by jej pomagać podczas ewentualnej ewakuacji. Tym razem prawie non-stop wpatrywałem się w piękne widoki za oknem. Przyjemności lotu nie zmąciły nawet komunikaty z prośbą o zapięcie pasów i ostrzeżenia przed turbulencjami.
A to chmury nad Polską. Od tej strony są przepiękne - krajobraz niemal podbiegunowy :)
W Jasionce znów gładkie lądowanie. I znów 20 minut przed czasem... a tak chciałoby się te 20 minut spędzić w pięknej Hiszpanii.
... Tęsknotę za Barceloną spotęgowała wybitnie nie-południowa pogoda. Deszczowy, chłodny tydzień - z każdą kroplą zmywał ciepło śródziemnomorskiego słońca. Nie zmył jednak wspomnień. Niebawem wpis z Barcelony :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Szukaj na tym blogu
Najczęściej czytane w tym tygodniu
-
Majowy, super weekend dobiega końca. Zgodnie z przyjętym planem unikałem komputera, a moje postanowienie odcięcia się od świata na te dni uł...
-
W pewnym sensie TAK! To znaczy jest to morze na miarę naszych możliwości. W Toruniu wzniesiono pomnik "Łabędzia na miarę naszych możli...
-
Bo czasami jest tak, że trzeba się sformatować. I mówi to Pudzian - miszcz formatu.
1984
AKCJA
Aleksander Hall
Aleksandra Kurzak
Alina Orlova
architektura
Aurora
Barcelona
Bieszczady
bursztyn
charytatywnie
Dean Brown
Euro 2012
filharmonia
FOTOKOMENTARZ
Gdańsk
Gordon Haskell
Guano Apes
HEY
jazz
Jimi Tenor
Julia Marcell
koncert
Koszyce Wielkie
kościół
KRAJOBRAZ
Kroke
ks. Adam Boniecki
księgarnia
Księżyc
KSU
kultura
lotnisko
Lubań
LUDZIE
Lwów
Łańcut
Maciej Maleńczuk
malarstwo
media
metro
MIASTO
morze
MUZYKA
Natalia Przybysz
OFFTOPIC
Paulina Przybysz
piłka nożna
PODRÓŻE
polityka
pomoc
Praga
Przemyśl
PRZYRODA
RADIO
RECENZJE
religia
RSC
Rycarda Parasol
RZESZÓW
sacrum
samolot
Sistars
SPORT
statek
sztuka
taxi
TEKSTY
telewizja
Trójmiasto
VIDEO
Voo Voo
wakacje
Wańka Wstańka
Warszawa
Węgorzewo
Wrocław
Wschód Kultury
wystawa
Zakopower
zima
ZWIERZĘTA